Esencja dobrego późnego romantyzmu

Muzyka późnego romantyzmu jest bardzo charakterystyczna. W smyczkach zdecydowanie dominuje legato i długie nuty. Instrumenty dęte blaszane i kotły zwykle dołączają we fragmentach najbardziej emocjonalnych, gdzie smyczki i instrumenty dęte drewniane już nie wystarczają. Słyszymy przede wszystkim śpiew całej orkiestry, różnorodne głosy zlewają się w jedno brzmienie i czasami trudno rozróżnić udział poszczególnych instrumentów. Muzycy występują solo stosunkowo rzadko, zdarza się to oczywiście w koncertach, ale w utworach symfonicznych raczej niezbyt często. Nastroje zmieniają się gwałtownie i płynnie zarazem. Muzyka późnoromantyczna jest także bardzo wylewna, rozciągnięta i uczuciowa.

Mniej więcej tak można by pokrótce scharakteryzować twórczość takich kompozytorów jak między innymi Rachmaninow czy Elgar. Tak samo można też opisać pierwszą symfonię Aleksandra Skriabina. Choć następne jego dzieła bardziej wyróżniają się na tle epoki, pierwsza jego symfonia to typowa późnoromantyczna symfonika, nie demoniczny ekspresjonizm w stylu „Poematu ekstazy”. Nie ma tu eksperymentów tonalnych ani muzycznych innowacji, może poza niespotykaną sześcioczęściową budową.

Skriabin rozpoczyna niezwykle subtelnie. „Lento” to utwór łagodny, wylewny i raczej pogodny. Przypomina spokojniejsze, sentymentalne fragmenty z symfonii Brucknera. „Lento” to doskonale by się nadawało do jakiegoś poetyckiego melodramatu.

Następna część symfonii kontrastuje z pierwszą. „Allegro drammatico”, jak sama nazwa wskazuje, wykonuje się szybko i dramatyczne. Nie odnajdziemy tu oczywiście drapieżnej dramatyczności Szostakowicza, ale solidną burzę emocji trochę w stylu utworów takich jak pierwszy koncert fortepianowy Brahmsa. Zakończenie drugiej części symfonii jest aż zbyt tradycyjne jak na początek XX wieku.

Oto przykładowe wykonanie drugiej części symfonii:

Po „Allegro drammatico” nie nadchodzi żadne scherzo. Słyszymy ponownie „Lento”, odmienne jednak od pierwszej części. Kompozytor wprowadził oczywiście kilka fragmentów subtelnych i ciepłych,  ale więcej odnajdziemy tu gorzkiej melancholii, niepokojącej tajemniczości, a nawet jakiegoś brucknerowskiego tragizmu. Zmiany nastroju są gwałtowniejsze i  bardziej zaskakują niż w poprzednich częściach.

Coś zbliżonego do scherza usłyszymy dopiero później. „Vivace” jest zdecydowanie najkrótsze i chyba najcichsze. Jednocześnie to część najlżejsza, najpogodniejsza i najbardziej humorystyczna. Kojarzy mi się z pogodnymi mendelssohnowskimi pieśniami bez słów. Brakuje tu jednak trochę uszczypliwości, bardziej wyrazistego dowcipu, co wpływa na to, że „Vivace” stanowi wyłącznie pewien oddech od późnoromantycznej wylewności, nie zaś osobne godne szczególnej uwagi dzieło.

Po krótkim odprężeniu ponownie wkraczają na scenę muzyczną emocje. Kompozytor wraca w „Allegro” do burzliwych nastrojów z „Allegro drammatico”. Główny temat brzmi bardzo podobnie, odnajdziemy tu zarówno dużo rosyjskiej melancholii, jak i romantycznej jak gdyby rewolucji. Zakończenie tej części do złudzenia przypomina z jednej strony znowu Brahmsa – finał pierwszej części jego czwartej symfonii – i jednocześnie słyszymy powtórzone motywy „Andante sostenuto – Moderato con anima” IV symfonii Czajkowskiego. Mimo wyraźnej wtórności część tą uważam za najpiękniejszą.

Wreszcie czas na finał. Podobnie jak Liszt w symfonii Faustowskiej Skriabin wprowadza ludzki głos. Z początku słyszymy mezzosopran i tenor, później już jednak śpiewa chór mieszany. W ciągu pierwszych kilku minut soliści wyraźnie wybijają się na pierwszy plan, lecz później to orkiestra, coraz donośniejsza, zaczyna dominować na chórem. Finał symfonii jest peanem, pieśnią ku czci wolnej sztuki. Zgodnie z wykorzystanym gatunkiem Skriabin utrzymuje nastrój niezwykłej podniosłości, której raczej próżno by szukać w poprzednich częściach symfonii. Z początku jest spokojnie i uroczo, później jednak cała orkiestra grzmi budując niezwykły patos. Twórca posłużył się nawet fugą, jednak w niczym nie przypomina ona Bachowskich czy Beethovenowskich fug przeobfitych w grające obok siebie melodie. Szczerze mówiąc, fuga w pierwszej symfonii Skriabina jest niemal niedostrzegalna.

Pierwsze dzieło symfoniczne ekscentrycznego Rosjanina nie ma w sobie zbytnio nic ekscentrycznego. Brzmi tradycyjnie niczym symfonie Brucknera, Brahmsa, Czajkowskiego i innych romantyków, można wręcz mieć wrażenie, że Skriabinowi jeszcze brakuje trochę indywidualnego stylu. Utwór przesycony jest różnorodnymi emocjami i uczuciami w granicach umiaru i przyzwoitości. Nie ma tu jeszcze ekspresjonistycznej choroby, ataków szaleństwa, wyolbrzymienia i innych emocjonalnych patologii. Za dziwną można uznać w zasadzie tylko sześcioczęściową budową, co jednak zdarzyło się przedtem u Mahlera. Kult sztuki wyrażony w ostatniej części za to świadczy o tym, że Skriabin podzielał modernistyczny światopogląd wyzwolonych artystów. Mimo to w pierwszej symfonii raczej nie eksperymentował.

Reklamy

The URI to TrackBack this entry is: https://wwr44.wordpress.com/2010/10/02/esencja-romantyzmu-2/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: