Poczułem się jak w Soplicowie

Zanim jednak to nastąpiło, wysłuchałem dwunastu utworów w różnorodnych aranżacjach. Niektóre wykonywała orkiestra symfoniczna, czasem występował pianista lub wokalista, a nawet ktoś zatańczył. Wszystkie dzieła łączyło jedno – napisał je Fryderyk Chopin. Nie był to zwykły koncert, a raczej swego rodzaju widowisko, oczywiście w ramach cyklu „Wielka Muzyka w Małej Auli”. Odbyło się w Dużej Auli i zgromadziło jak zwykle bardzo szeroką rzeszę słuchaczy.

Zaczęło się bardzo nietypowo. Niespodziewanie na scenę wkroczył Zespół Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej oraz dyrygent. Pod jego batutą tancerze zaśpiewali, a może raczej zanucili żałobne preludium c-moll Chopina. Dopiero potem, po tym preludium w sensie zarówno muzycznym, jak i, powiedzmy, reżyserskim, na scenie pojawił się były prorektor ds. studenckich Andrzej Jakubiak. Jak zwykle powitał gości i opowiedział pokrótce o wykonawcach i utworach Chopina. Pierwsza część koncertu rozpoczęła się od pieśni Chopina. Piotr Halicki śpiewał barytonem, Małgorzata Polanowska sopranem, a akompaniował im pianista Szymon Kowalczyk. Już przy tych utworach słychać było, że do muzyki kameralnej Duża Aula się nie nadaje. Zbyt szeroki pogłos szkodził niestety świetnym wykonaniom utworów. Solistów nie dało się zrozumieć, dźwięki fortepianu tworzyły długo rozbrzmiewającą mgłę, która oczywiście nie wszędzie pasowała. Mimo wszystko przyjemnie się mi się słuchało pieśni Chopina, w tym najpopularniejszego „Życzenia”.

Po Szymonie Kowalczyku przy fortepianie zasiadł Krzysztof Jabłoński. Grał wprawdzie solowo, lecz na scenie występowali przy niektórych utworach tancerze z Zespołu Pieśni i Tańca. Na początku tańczyli do nokturnu c-moll. Szczerze mówiąc, ich występ kompletnie mi nie pasował do muzyki. Nokturn c-moll Chopina jest bowiem melancholijny, może wręcz płaczliwy, a taniec taki raczej nie był. Odnajdywałem w nim elementy subtelnego baletu, który mógłby się kojarzyć z dziełem Chopina, ale czasami było zbyt żwawo i pogodnie. Najmniej mi się podobało niespodziewane tupnięcie, zupełnie już nie pasujące do nastrojowego nokturnu. Oceniać technicznej strony tańca oczywiście bym się nie ważył, przypuszczam, że było perfekcyjnie, jednak sama choreografia mi nie odpowiadała.

Słychać natomiast było, że Krzysztof Jabłoński uchodzi za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Wszystko zrealizował świetnie – nokturn wzruszał do łez, ballada wstrząsała dramaturgią, etiuda rewolucyjna rozpalała płomień, polonez podnosił na duchu, mazurek uwodził lekkością i pięknem. Publiczność była zachwycona tą muzyką fortepianową, więc pianista na bis zagrał jeszcze jeden z nokturnów Chopina, który stanowił motyw przewodni w filmie „Pianista”. Nie można też pominąć faktu, że podczas uroczego Chopinowskiego mazurka na scenę weszli powtórnie tancerze z Zespołu Pieśni i Tańca. Na szczęście teraz rozumiałem wszystko, muzyka współgrała mi z ruchem artystów. Poczułem się jeszcze nie jak w Soplicowie, ale jak w wyidealizowanej, tradycyjnej polskiej wsi

Ostatnia część koncertu okazała się dla mnie najbardziej interesująca. Wykonano bowiem znowu utwory Chopina, ale tym razem w aranżacji na orkiestrę symfoniczną. Aleksander Głazunow, wybitny rosyjski kompozytor przełomu XIX i XX wieku opracował pewnego razu część dzieł Chopina na orkiestrę. Młodszy kolega, gdyby mógł, prawdopodobnie nie wybaczyłby Rosjaninowi tego postępku, bo wierzył, że tylko na fortepianie umie napisać dobrą muzykę i wyłącznie na ten instrument przeznaczał swoje dzieła. Niemniej jednak  Głazunow wykonał „kawał dobrej roboty” i bardzo dobrze się stało, że mogliśmy usłyszeć mazurka, tarantelę i walca w symfonicznej wersji. Pierwszy z utworów brzmiał jeszcze bardziej smutno niż na samym fortepianie. Tarantela w ogóle nie przypominała muzyki Chopina, chociażby ze względu na nieco egzotyczną instrumentalizację. Była tego wieczoru najbardziej rytmiczna i najgłośniejsza, a więc i najbardziej porywająca. Walc cis-moll, fragmentami bliski walcowi angielskiemu, czasem wiedeńskiemu, choć generalnie raczej niemożliwy do zatańczenia,  w wykonaniu Krzysztofa Jabłońskiego także zabrzmiał cudownie.

Na zakończenie miała być niespodzianka. Trudno jednak mówić o jakimś zaskoczeniu, gdyż program rozpisany został w krótkim folderze, który każdy widz otrzymał za darmo przed koncertem. Niemniej jednak i tak finał okazał się wspaniały. Orkiestra symfoniczna wykonywała majestatyczny i chyba najbardziej „stabilny” polonez A-dur Chopina, utwór zresztą bardzo znany, wykorzystywany np. w polskim radiu. Jednocześnie na scenie ponownie wystąpili artyści z Zespołu Pieśni i Tańca . Tańczyli poloneza – większość w strojach szlacheckich, niektóre panie w ślicznych jasnych sukniach, część panów w mundurach. Wrażenie było jednak piorunujące. Dzięki wspaniałej muzyce i wspaniałym tancerzom poczułem się jak w  Soplicowie. Może nie było poloneza Wojciecha Kilara, napisanego do filmu Andrzeja Wajdy, ale równie wspaniałe dzieło Chopina.

I szły pary po parach hucznie i wesoło,

Rozkręcało się, znowu skręcało się koło,

Jak wąż olbrzymi, w tysiąc łamiący się zwojów;

Mieni się cętkowata, różna barwa strojów

Damskich, pańskich, żołnierskich, jak łuska błyszcząca,

Wyzłocona promieńmi zachodniego słońca

I odbita o ciemne murawy węzgłowia.

Wre taniec, brzmi muzyka, oklaski i zdrowia!

Słońce już dawno się wprawdzie schowało, ale poza tym było podobnie.

Reklamy

The URI to TrackBack this entry is: https://wwr44.wordpress.com/2010/11/28/poczulem-sie-jak-w-soplicowie/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: